Ukraina: państwo, gdzie zabijają dziennikarzy

Ukraina na pewno nie jest bezpiecznym krajem dla dziennikarzy. Po wydarzeniach 2014 roku: rewolucji, zmianie politycznego kierunku oraz radykalizacji części społeczeństwa, wolność słowa w dużym stopniu ucierpiała. Zaczęły się prześladowania: w 2015 roku uwięziono iwano-frankowskiego dziennikarza Rusłana Kocabę za inwokację, w której zachęcał ukraińców do uchylania się od mobilizacji do wojska. Lecz gorszym od prześladowań przez władzy może być linczowanie. Kiedy władza „nie widzi”, jak ktoś zabija dziennikarza, a potem ten „ktoś” nie zostaje skazany.

Ołeś Buzina

Ołeś Buzina był znanym ukraińskim dziennikarzem i pisarzem. Miał jednak nieco kontrowersyjne poglądy, idące wobec powszechnie przyjętych poglądów o narodowych bohaterach i perspektywach rozwoju ukraińskiej kultury. Po rewolucji 2014 dostawał wiele groźb, a wiosną 2015 ujawniony został jego adres zamieszkania. Kilka dni później zastrzelono go w pobliżu własnego domu. Natychmiastowo rozpoczęto dochodzenie, które jednak do niczego nie doprowadziło. Podejrzani zostali zaaresztowani, analiza DNA ujawniła ich udział w przestępstwie, lecz dochodzenie zostało wstrzymane. Podejrzeni zostali zwonieni z aresztu, a obecnie pracują w państwowych organach.

Eksprezydent Poroszenko, zarówno jak i obecny prezydent Zełeński zignorował wszystkie prośby matki Ołesia Buziny o prywatnym spotkaniu.

Paweł Szeremet

Ukraiński dziennikarz białoruskiego pochodzenia Paweł Szeremet zginął w Kijowie 20 lipca 2016 roku w wyniku eksplozji samochodu. Samochód należał do jego żony, szefa „Ukraińskiej Prawdy” Ołeny Prytuły, której na moment eksplozji w samochodzie nie było.

Na końcu 2019 roku zatrzymano kilku podejrzanych. Policja ujawniła dowody, które trudno jest podważyć. Nadal jednak nie ma żadnego wyroku. Wygląda na to, że ta sprawa sądowa nie zostanie zakończona w najbliższym czasie.

Co dalej?

Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości na Ukrainie są przestraszeni. Kiedy radykałowie mogą przyjść do sądu i publicznie wygłaszać pogróżki wobec sędzi, żadnej mowy o sprawiedliwości przy roztrzygnięciu przestępstw nie ma. Ci, którzy biją i zabijają dziennikarzy nie zostają skazani, lecz dostają wysokie stanowiska państwowe. W takim państwie zabicie dziennikarza może być raczej postrzegane jako droga do dobrej kariery, niż do wiezięnia. Brzmi cynicznie, ale takie są ukraińskie realia. Miejmy nadzieję, że to się zmieni.

Źródło: www.unian.net

Zabójstwo Jana Kuciaka – mafia, biznes, polityka

Profesja dziennikarza jest związana ze sporym ryzykiem. W wielu krajach świata odważnych dziennikarzy, stawiających się przeciw władzom, mafii albo innym siłom się bije i zabija. Mimo, iż państwa unijne są o wiele bezpieczniejsze dla naszych współzawodników, niż, załóżmy, kraje Bliskiego Wschodu, nawet tutaj dziennikarz nie do końca się czuje bezpiecznie.

Jeden z jaskrawych przykładów, ukazjujących na niebezpieczeństwo dla dziennikarzy europejskich to Jan Kuciak, który 21 lutego 2018 roku wraz ze swoją narzeczoną został zastrzelony we własnym domu. Dziennikarz dostał dwa postrzały w klatkę piersiową, narzeczona Martina Kusznirova zaś jeden w głowę.

Jan Kuciak zajmował się dochodzeniami wobec polityków, biznesmenów i mafii. Ostatni, niezakończony jego artykuł był poświęcony związkowi wschodniosłowackiego biznesu z Ndranghetą, która często jest określana jako „włoska mafia”. Figurował w tym artykule biznesmen Marian Koczner.

Kto zlecił Kuciaka?

W lutym 2020 roku zabójca przyznał się do winy. Według słowackich śledczych, Mirosław Marczek wykonywał zlecenie Mariana Kocznera, który z kolei do winy się nie przyznaje.

Polityczne trzęsienie ziemi na Słowacji

Ta głośna sprawa spowodowała szok wśród obywateli. Nie mogli uwierzyć, że w kraju unijnym w XXI wieku może dojść do tak strasznego zamachu wobec dziennikarza. Rozeszła się opinia, że część osób w rządzie jest związanych z Ndranghetą. Doszło do protestów, a niedługo słowacki premier Robert Fico podał się do dymisji.

Roztrzygnięcie tej sprawy trwa do dziś, wszystko wygląda na to, że Marczek hamuje proces sądowy. Lecz tak czy owak, winny musi zostać skazany.
Kraje Unii Europejskiej wydają się być bezpiecznym miejscem, ale dziennikarze wciąż giną i tutaj. Jednak warto zaznaczyć, że gdyby do podobnego zabójstwa doszło w kraju, gdzie podobne zabóstwa są o wiele częstsze, spodziewać się dymisji premiera wraz z rządem byłoby chyba niedorzecznie. Szkoda, że nawet w państwach ktoś może decydować o czyjeś życie. Jest to barbarzyńska praktyka, która musi być całkowicie wyeliminowana poprzez surowe wyroki przestępcom oraz przestrzeganie prawa przez państwo i obywateli.

Jan Kuciak i Marta Kusznirova / Facebook.com

Wybory na Białorusi: presja na dziennikarzy rośnie

Na Białorusi zbliżają się wybory prezydenckie, które mogą się stać przełomowymi. Napięcie rośnie, a wraz z nim presja na „czwartą władzę”. Bardzo cierpią dziennikarzy opozycyjnych agencji prasowych, w tym Bełsatu.

5 czerwca podczas robienia transmisji na żywo zbioru podpisów na opozycyjną kandydatkę Swiatłanę Cichanouską, zatrzymana została dziennikarka Bełsatu Halina Abakunczyk wraz ze swoim operatorem Siarhejem Kawalouym. Jak mówi sama Halina:

Wyglądało to na grupowe porwanie. Wśród osób, które nas zatrzymały, byli policjanci OMONu, tajniacy i mundurowi oraz funkcjonariusze drogówki. Tajniacy przy zatrzymaniu użyli siły fizycznej, zmuszając nas brutalnie do opuszczenia samochodu. Operacją kierował zastępca miejscowego naczelnika milicji Siarhiej Saławiej.

17 czerwca Halina Abakunczyk znów została zatrzymana, wraz z nią zatrzymali Aliaksandra Barazenkę z tego samego powodu. Mieli oni nagrać kolejny zbiór podpisów na kandydatów opocyjnych, który się nie odbył ze względu na problemy techniczne. Nie było to jednak przeszkodą do zatrzymania dziennikarzy.

Nie sądzę, żeby chodziło o presję osobistą — każdy inny dziennikarz mógłby być na moim miejscu. To presja wywierana na ludzi dostarczających prawdziwe informacje. Władze obawiają się prawdy, którą ludzie słyszą w naszych programach — podkreśla Halina Abakunczyk.

Kiedyś stawała przed sądem parę raz na rok, w tym roku — już pięć razy

Milicjanci z rejonowych miasteczek nieustannie do mnie dzwonią, a czasem nawet przyjeżdżają do Mohylewa, by wręczyć nam wezwania do sądu! Niedawno chciałam wybrać się na kilkudniową wędrówkę z operatorem Alaksandrem Sidareuskim. Na dworcu kolejowym dosłownie ścigał nas tłum milicjantów — mówi dziennikarka Alina Skrabunowa.

Współpraca Aliny Skrabunowej z opozycyjnym Bełsatem sprawia jej wiele kłopotów. Wspomina, że kiedyś stawała przed sądem parę razy rocznie, w 2020 zaś, roku wyborów prezydenckich — aż pięć razy. Wygląda na to, że ciągłe stawianie dziennikarzy przed sądem od dłuższego już czasu stało się normą na Białorusi. Teraz szczęście ma ten, kto dostaje dwa, a nie pięć wezwań.

18 czerwca przeszukany został dom dziennikarza sportowego Bełsatu Aliaksandra Puciły. Śledczy zabrali telefon i laptop blogera w celu wyjaśnić z jakiego urządzenia napisano wpis, w którym Aliaksandr wyraził oburzenie tym, że nie został wpuszczony na mecz między drużynami Tarpeda Mińsk a Dynama Brześć.

Presja na dziennikarzy na Białorusi jest powszechna od wielu lat. Lecz w tym roku sytuacja się pogorszyła. Lepiej się zapoznać z sytuacją wokół prześladowań dziennikarzy Bełsatu można w ich artykule.

Źródło: b-g.by

Atak na dziennikarzy w Kijowie

11-12 czerwca 2020 roku w Kijowie niejednokrotnie zaatakowani zostali dziennikarzy portalu internetowego sharij.net. Do zdarzenia doszło podczas protestów obok budynku Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Warto zaznaczyć, iż ataki ze strony protestujących odbyły się w obecności policjantów, którzy jedynie dali dziennikarzom poradę opuścić niebezpieczne miejsce.

Przewodniczący Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy tak się wypowiedział o owym wydarzeniu:

Przez dwa dni podczas protestów w Kijowie działacze utrudniali działalność „nie takich” dziennikarzy.

Protestujący, wspierający aktywisty z Odessy Serhija Sternenki, podejrzanego o umyślne morderstwo przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), przeszkadzali działalności dziennikarzy agencji prasowej Sharii.net podczas protestów w dniach 11-12 czerwca w Kijowie. Korespondenci nazywani byli „propagandystami”, leciały w ich stronę przekleństwa i groźby, a 12 czerwca fizycznie ich zaatakowano. W związku z agresją protestującyc policja wyprowadziła dziennikarzy […]

Filmy zamieszczone na stronie Anatolija Szarija na Youtube pokazują, że 11 czerwca aktywiści, widząc dziennikarzy z Sharij.net, podbiegli do nich, zaczęli przeklinać, grozić i prowokować przedstawicieli media do konfliktu. Z kolei funkcjonariusze organów nie próbowali uspokoić ludzi, tylko doradzili prasie, aby opuściła scenę: „Widzicie, co się tutaj dzieje, proszę opuścić to miejsce”.

Według Alli Bondarenko, dyrektora agencji prasowej Sharij.net, w piątek 12 czerwca nieznane osoby z tłumu przed Sądem Szewczenkowskim Rejonowym kilkakrotnie uderzyły dziennikarza Ołeksandra Mangusza w nogę i nerkę, a dziennikarza Wołodymyra Samarskiego w plecy. Ponadto radykalnie nastawieni obywatele rzucili petardy ku nogom dziennikarzy i prowokowali masowe bicie pracowników mediów.

Warto przypomnieć, iż nie jest to pierwszy atak na wolność słowa w Ukrainie, kiedy atakujący nie zostają skazani. Oto są najbardziej zastananawiające z nich: 16 kwietnia 2015 roku w pobliżu swojego mieszkania zastrzelono wiadomego ukraińskiego dziennikarza Ołesia Buzinę, 20 lipca 2016 roku wysadzono samochód żony dziennikarza białoruskiego pochodzenia Pawła Szeremeta wraz z właścicielem, 31 lipca 2018 roku została napadnięta i oblana kwasem siarkowym aktywistka polityczna Kateryna Handziuk, która niedługo zmarła wskutek poniesionych obrażeń. W żadnej z tych spraw wciąż nie wydano wyroków, a śledztwa trwają do dziś.

Źródło: https://www.facebook.com/sergiy.tomilenko

Wolne Dziennikarstwo dla wszystkich

Celem danej stronki internetowej jest przeciwdziałanie wszelkim atakom, fizycznym i psychologicznym wobec dziennikarzy ze strony władz, radykalnych elementów społeczeństwa itd. Naświetlamy przestępstwa wobec tych, którzy ciężko pracują, narażając siebie na niebezpieczeństwo dla tego, abyśmy rano przeczytali sensację. Abyśmy nie brnęli w bagnie „żółtej prasy”, tylko mieli dostęp do dochodzeń i merytorycznie ciekawych artykułów. Abyśmy żyli nie w świecie przemocy, strachu i nienawiści, tylko w świecie, gdzie panuje prawdziwa wolność słowa.

Jest ich wielu. Wielu bohaterów na całym świecie, którzy są torturowani, atakowani, zabijani. Walczą na niewidzialnym froncie, abyśmy nie doświadczyli tych horrorów na własnej skórze.

Co mamy na dziś

Zgodnie ze statystykami, podanymi w badaniu UNESCO, 80 dziennikarzy na świecie zostało zabitych w 2017 roku. Mimo, iż większość z tych zabójstw odnosi się do tak zwanych krajów trzeciego świata, wcale to nie oznacza, że tutaj w Europie dziennikarz czuje się zupełnie bezpiecznie.

Siedmiu dziennikarzy w Europie zostało zamordowanych z 2017 po październik 2018 roku zgodnie z informacją Euronews. Czterech z nich pochodziło z krajów UE.

W 2020 roku groźby są jednym z najpopuarniejszych metod negatywnego wpływu na działalność dziennikarzy. Tak, w wykresie Źródła zagrożenia, którą można znaleźć na stronce Rady Europy Nękanie i zastraszanie dziennikarzy ma zdecydowane pierwszeństwo (48%). Dalej idą Inne akty mające negatywny wpływ na wolność mediów (25%), Ataki na bezpieczeństwo fizyczne i integralność dziennikarzy (19%) oraz Zatrzymanie i uwięzienie dziennikarzy (8%).

A co my na to?

Nie pozostawajmy „ślepymi świadkami”. Nie poddawajmy się. Działajmy. Najsilniejszą bronią dziennikarza jest słowo. I to słowem będziemy walczyć o swoje prawo do swobody wypowiedzi. Będziemy publikować informacje o bezprawnych działaniach wobec dziennikarzy, aby jak najwięcej osób o tym się dowiedziało. Właśnie tego boją się ci, którzy próbują „zakleić usta” dziennikarzom, a wraz z tym całemu narodowi.

Wszyscy zasługujemy na spokojne życie, wszyscy bez wyjątku. I to właśnie dlatego została stworzona strona Wolne Dziennikarstwo, prowadzona w języku polskim. Bo bez dziennikarzy lud zostaje pozbawiony głosu.

Źródło: www.coe.int